II WON: SZLAKIEM WAŁU POMORSKIEGO - GORZÓW WIELKOPOLSKI-USTRONIE MORSKIE

3 lipca 2006 (poniedziałek)

Po Mszy świętej o godzinie 7:30 wsiadamy do dwóch busików i ruszamy w drogę. Pan Rysiu szkolnym busem z przyczepką wiezie rowery, s.Daniele i Agnieszkę. Drugim busem jadą dziewczyny z s.Klaudią i jedynym naszym rodzynkiem - Arturem, chłopakiem tegorocznej maturzystki Marty.

Pierwszym etapem jest podróż do Kaławy, gdzie zwiedzamy Międzyrzecki Rejon Umocniony. Jest to połączenie historii i biologii gdyż w podziemnych korytarzach MRU zadomowiły się nietoperze. Niestety podczas zwiedzania nie miałyśmy szczęścia. Nietoperze chyba całkiem się wyniosły na czas letni. Natomiast bardzo ciekawy był mini ogród zoologiczny - w oświetlonym na czerwony kolor pomieszczeniu umieszczono za szybą kilka nietoperzy - program biologiczny został więc także zrealizowany.

MRU został zbudowany w latach 1934-1938. Miał stanowić ważny punkt obrony wschodnich granic III Rzeszy. W rezultacie nigdy nie został wykorzystany - pod koniec wojny MRU bronili jedynie starcy i dzieci. Pod koniec wojny MRU został włączony do kompleksu umocnień podporządkowanych niemieckiej organizacji TOD, na czele której stał generał Sperr. Żołnierze radzieccy zdobyli go bez jednego wystrzału.

Oprowadzone po kompleksie przez fachowego przewodnika i doinformowane w każdym względzie ruszyłyśmy w ostatni tego dnia etap podróży do Gorzowa Wielkopolskiego.

Nocleg w schronisku PTSM poprzedzony był spacerem po Gorzowie, wtedy jeszcze miejscu zamieszkania premiera.

Pierwszy wspólny posiłek to pierogi - wedle życzenia dziewcząt - gotowane w schroniskowej kuchence - smaczne!

Noc była rozrywkowa bo w schronisku było jeszcze inne towarzystwo. Niepokoiłyśmy się o rowery, zamknięte na niepewną kłódkę - Agnieszka kilka razy w nocy wstawała sprawdzając, czy zamknięcie się trzyma.

4 lipca 2006 (wtorek) - 73 km

Rano grupa ochotników była na Mszy świętej w katedrze gorzowskiej o 6 rano i wedle ambitnych planów mieliśmy wyjechać wcześnie, zanim jeszcze będzie bardzo gorąco.

Plany zostały pokrzyżowane przez awarie rowerowe (konieczność wymiany wolnobiegu) i w rezultacie wyjechaliśmy z Gorzowa około godziny 11.

Trasa wiodła malowniczymi terenami położonymi nad Wartą i Notecią przez Santok i Drezdenko do Dobiegniewa.

W Santoku zwiedziłyśmy bardzo ciekawe i świetnie utrzymane muzeum ziemi santockiej, prowadzone przez nauczycielkę-pasjonatkę. Zobaczyłyśmy też jak wygląda przeprawa promowa przez Wartę.

Po drodze okazało się, że nie wszystkie dziewczyny są przygotowane do tak forsownej jazdy i trzeba było z jedną pojechać autobusem. (Później się okazało, że Justyna jechała na zaciśniętym hamulcu i dlatego nie mogła jechać tak sprawnie jak pozostałe).

Droga urozmaicona była też nieplanowanymi powrotami, np. po portfel Oli zgubiony koło sklepu w Gościmiu. Znalazła go gospodyni z pobliskiego domu i zadzwoniła na numer znaleziony w dokumentach. Okazało się, że był to telefon mamy Oli.

Wszyscy razem spotkaliśmy się dopiero w Drezdenku i tam zjedliśmy smaczny obiad w klimatyzowanej restauracji - kto nie jechał z żarze słońca ten, tego nie doceni...

W Drezdenku zwiedziłyśmy bardzo ciekawy kościół, wzbudzając przy tym lekką sensację i już z nową energią pojechałyśmy do Dobiegniewa. Tu zakwaterowane w sezonowym schronisku szkolnym (czyli normalnie LO), po kolacji i długim myciu (dostępny był tylko jeden prysznic), poszłyśmy spać - ostatnia grupa koło 1.30.

5 lipca 2006 (środa) - 57 km

Rano stała ekipa ochotników udała się na Mszę św do pobliskiego, neogotyckiego kościoła.

Dobiegniew znany jest jako miejsce oflagu IIC, w którym przebywali oficerowie polscy podczas II wojny światowej. W kościele znajdujemy tablicę pamiątkową.

Niemiecka nazwa Dobiegniewa to Woldenburg, nieodłącznie kojarzył się nam w Waldenburgiem czyli Wałbrzychem.

Zakupy robimy w drodze z kościoła, jemy śniadanie i wyruszamy nad pobliskie jezioro.

Tu wreszcie regulujemy hamulce Justyny. Zatem nie brak kondycji ale źle przygotowany rower był przyczyną wolnego tempa jazdy koleżanki.

Nad brzegiem jeziora czekały na nas dziewczyny i ociekająca wodą Hania. Okazało się, że w jeziorze kąpały się dzieci z kolonii pilnowane przez nauczycielkę. W pewnej chwili kobieta zaczęła krzyczeć, że topi się dziecko. Hania wskoczyła do wody i wyciągnęła Grzesia, który już nałykał się sporo wody. Wystraszonego zabrała nauczycielka z pomostu a Hania została naszą bohaterką.

Po kąpieli ruszamy dalej w kierunku Drawieńskiego Parku Narodowego. W międzyczasie spawamy w rowerze s.Danieli, osłonę łańcucha a dziewczyny kupują wodę w pobliskim sklepie.

Do Głuska pilotuje nas pan, który za wszelką cenę chce nam pokazać jakieś ciekawe miejsca. Ponieważ jest już późno - grzecznie odmawiamy choć nie było łatwo bo naszemu przypadkowemu towarzyszowi jakoś bardzo zależało.

W Głusku s.Klaudia udaje się z grupą na ścieżkę dydaktyczną, następnie, zaopatrzone w dwie mapy (o różnej dokładności) wyruszamy na podbój Parku Narodowego.

Jazda przez park okazała się gehenną. Piach i bruk (typu "kocie łby") dał się nam we znaki. Wreszcie podjęłyśmy decyzję - rozdzielamy się. Pierwsza - silniejsza grupa jedzie szybciej, druga - wolniej. Każdy zgłaszał się na ochotnika. Druga grupa - 5 osób z s.Danielą wyruszyła chwilę później. Wkrótce kontakt za pośrednictwem krótkofalówek się urwał. Pozostały tylko komórki choć i z tym nie zawsze było tak doskonale.

W pewnym momencie trafiłyśmy na rozwidlenie szlaków. My skręciłyśmy w lewo, w kierunku tzw. Pustelni, s.Daniela ze swoją grupą w prawo - do miejscowości Załom. Od tego momentu rozpoczynają się dwie niezależne historie naszego zmagania z parkiem. Tonąc w piachu i niekiedy wlokąc rowery z sakwami przez nieprzejezdne nawet dla górskich opon odcinki dojechałyśmy do Pustelni i betonowego mostu. Tu się okazało, że uroczy czerwony szlak, który miał nas zaprowadzić do miejscowości Martew jest dla rowerów nieprzejezdny. Konsultacja via telefony komórkowe niewiele dała. Dalej nie wiadomo było jak jechać. Inny szlak prowadził zupełnie w przeciwnym kierunku. Widzimy zabudowania - tu musi być jakieś życie ?.... spotykamy staruszka (jak to powiedziała s.Klaudia - "tubylca"), który okazuje się mieszka w pustelni. Powiedział, żebyśmy żadnymi szlakami nie jechały i wyjaśnił jak leśnym duktem dojechać do wsi Miradz. Emocje opadły - jedziemy.

Droga dalej trudna bo wciąż bardzo piaszczysta. Najtrudniej s.Klaudi, Aśce i Julce, które mają opony typowo trekingowe. Góralom zdecydowanie łatwiej. Ale wpadanie 1/3 koła w piach nie należy do przyjemności. Ręce zaczynają boleć i doceniamy rękawiczki rowerowe. Na szczęście nie ma większych awarii. Po dość długiej jeździe łąka i zabudowania. Nareszcie Miradz - mały sklepik i jakaś cywilizacja. Ale droga jeszcze daleka - robi się późne popołudnie więc musimy jechać dalej.

Druga grupa w tym czasie dociera do przystanku autobusowego w miejscowości, która jakże oddaje stan ducha - Załom. Ale jest nadzieja, ktoś się nimi zainteresował i pomoże dotrzeć do schroniska. Większa grupa jedzie dalej. Robi się już coraz później. Trafiamy na skrzyżowanie. Mapa idzie w ruch, choć dziewczyny obstawiają kierunek na wyczucie, kierujemy się wedle mapy. Cóż czasem trzeba posłuchać intuicji - okazało się, że miały rację. Na naszej mapie jest droga w kierunku wsi Martew i na lewo czerwony szlak. Jedziemy więc w prawo. Po 6 km z przerażeniem czytamy napis: Brzeźniak. To zupełnie nie tu!. Jakaś dziwna mapa - do tej miejscowości nie było żadnej drogi... no tak mapa wydawnictwa BiK "Powiat Wałecki, pojezierze wałeckie" wywiodła nas w pole. Musiałyśmy wracać do skrzyżowania i pojechać w lewo. Później się okazało, że były dwie drogi i czerwony szlak. No cóż. Miałyśmy zamiar uroczyście spalić tą mapę ale jednak później trochę się obroniła prowadząc nas następnego dnia do Wałcza. Czekamy na krzyżówce na zmęczone dziewczyny. Kilka razy liczymy grupę. Wszyscy są już bardzo zmęczeni, wszędzie jest piach. Marzymy o prysznicu i spaniu. Jak się okazało później złudne to były marzenia.

Druga grupa miała jednak więcej szczęścia. Przemiły Pan - dyrektor poczty w Pile załatwił im transport u sołtysa w Głusku. Grupka jechała ciągnikiem na pace, siedząc na słomianych snopach. W jednej chwili wszystkie odzyskały wigor. Jak niewiele człowiekowi potrzeba do radośći. Dziewczyny poubierały się w kaski, żeby się chronić przed smaganiem gałązek młodych drzewek porastających pobocze drogi. Wreszcie cała ekipa z ciągnika ląduje we wsi Martew.

Największy problem miałyśmy z tym, w jaki sposób podziękować przemiłemu człowiekowi za takie poświęcenie. Pieniędzy żadnych nie chciał, nawet za paliwo - dostał więc kamizelkę odblaskową z logo naszego obozu, z której bardzo się ucieszył.

Cała reszta dzielnie pedałowała przez las - już na szczęście prosto do celu. Przed samą wsią powitał nas na ciągniku Pan sołtys i wyraził podziw dla naszej determinacji.

Dojechałyśmy około 22:30. Było już ciemno. Na wytrwałych czekały koleżanki wskazując drogę do schroniska. Dziewczyny ochrzciły ten dzień szkołą przetrwania - choć to nie był jeszcze koniec. We wsi spotkałyśmy bardzo życzliwych ludzi. Specjalne dla nas otwarto sklepik wiejski, bo przecież nie miałyśmy nic do jedzenia ani do picia. W szkolnym schronisku powitała nas emerytowana nauczycielka. Zaczęłyśmy gotować makaron, dziewczyny rozpoczęły kolejkę do mycia. Ku naszemu rozczarowaniu czekały na nas tylko miski. Prysznic pozostał w sferze marzeń. Po chwili zapchały się toalety.... pięknie! Gospodyni przyniosła nam czerwone wiaderko i powiedziała, że w takim razie - do wiaderka. Po kolacji czekałyśmy do 2 w nocy bo dziewczyny nie przyzwyczajone do mycia się w miskach toczyły walkę z brudem, ale też dlatego, że emocje puszczały długo i jakoś nie było nam do snu.

W nocy nie obyło się też bez dowcipów i mini kabaretu czyli rozmowy s.Danieli z panem ćmą, który usiadł na kołnierzu. Zresztą kto tak wie czy to był pan czy pani.

6 lipca 2006 (czwartek) - 33,3 km

Około 5 rano wpadł pan, który klnąc siarczyście przetykał toalety. Okazało się, że to wina instalacji i pani gospodyni powinna już dawno zrobić remont. Wyspane - bo jednak spałyśmy do 8 rano! usmażyłyśmy jajecznicę i zasiadłyśmy do śniadania. W tym czasie przyjechał majster zakładać przepływowe ogrzewacze wody. Więc było lekkie zamieszanie. Po czym w całej wsi zakręcili wodę. Podobno było wcześniej ogłaszane. Cóż ... musiałyśmy zostawić trochę niedomytą patelnie i ruszyłyśmy dalej. Pani lekką ręką zaokrągliła nam cenę za nocleg - oczywiście na swoją korzyść... ale niech ma. Już chciałyśmy jechać dalej... oby jak najdalej.

W Tucznie wykąpałyśmy się w jeziorze, zjadłyśmy lody a następnie było grupowe pompowanie opon i jazda. Po tym musieliśmy wymienić dwie dętki. Oczywiście od razu kleimy nowe łatki żeby był zapas.

Po drodze jedziemy przez "magnetyczną górkę". Nikt nie umie wyjaśnić zjawiska - jest pod górkę a rowery przyspieszają. I rzeczywiście tak jest. Ktoś położył butelkę toczyła się pod górkę, rozlana woda podobnie. Fajna zabawa. Ciekawe... zastanawiamy się czy to przypadkiem nie jest złudzenie optyczne - wydaje się, że jest pod górkę a tak na prawdę jest z górki.

Zatrzymujemy się koło sklepu spożywczego w małej wsi. Tam szukamy spawarki. Oli pękł bagażnik... chyba nie wytrzymał zbyt dużego ciężaru no i nierównych dróg. Oj Ola chyba będzie musiała wysłać paczkę do domu z nadmiarem ubranek.

Przemiły pan spawa bagażnik a jego żonie opowiadamy o naszej wyprawie.

Zauważamy, że im mniejsza i biedniejsza wieś tym bardziej życzliwi ludzie.

Po tym już bez większych przygód wjeżdżamy do Wałcza szeroką drogą i co najważniejsze prawie cały czas z górki.

Znajdujemy szkolne schronisko w internacie dla dziewcząt. Tu mamy rezerwacje i - jest prysznic. Kwaterujemy się w małych, trzy - czteroosobowych pokojach, Grupa idzie na zakupy, mycie, obiadek (młode ziemniaki, mizeria i co się da - smaczne ale też koło 22 - jakoś z tym czasem nie umiemy sobie jeszcze poradzić). Pijemy mleko litrami - na jeden posiłek idzie około 5 litrów. Mycie luksusowe... zmywamy do końca drawieński brud.

W Wałczu dyskutujemy koncepcję zmiany trasy. Przejazd przez park dał nam w kość - warto nieco skrócić dystans dlatego decydujemy się na przejechanie części trasy do Szczecinka pociągiem. Początkowo chcemy jechać do Piły ale na mapie widać, że linia kolejowa biegnie przez Starą Łubiankę. No cóż zobaczymy. Gospodarz wyszukuje nam w internecie połączenia z Piły.

7 lipca 2006 (piątek) - 30 km

Rano stała ekipa idzie na mszę, zakupy i śniadanie. Następnie akcja wyprowadzania a właściwie wywlekania rowerów z piwnicy. Pakowanie i ruszamy w kierunku Skrzatusza.

Mijamy stare popegerowskie wsie - próbujemy zobaczyć z bliska poniemiecki pałacyk ale gospodarze nie są zbyt życzliwi...

W Skrzatuszu nawiedzamy Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej. Ksiądz Kustosz Józef Słowik opowiada historię, później chwilę rozmawiamy. Na koniec wskazuje nam drogę na Starą Łubiankę. Trochę najgorszymi "kocimi łbami", później piach, na koniec wreszcie asfalt.

Okazuje się, że podczas postojów mamy niesamowity ubaw. Ponieważ czasem zdarza nam się odpoczywać głęboko na poboczu drogi zauważyłyśmy, że nasze kamizelki mają ciekawą właściwość. Kiedy kierowcy z daleka widzą postać w żółto-zielnej odblaskowej kamizelce zdecydowanie zwalniają. No cóż, wiadomo o co chodzi. Ale żadnej "suszarki" nie miałyśmy. Jednym niekonwencjonalnym jak na te warunki sprzętem wiezionym w sakwie przez Dianę była prostownica do włosów. Szkoda, że nie spawarka. Wreszcie dojeżdżamy do Starej Łubianki. Okazuje się, że nasz pociąg wcale tu się nie zatrzymuje a za 20 minut będzie jechał ostatni, który może nas zabrać do Szczecinka. Pakujemy się z sakwami do wagonów i jedziemy. Jak miło połykać kilometry bez żadnego wysiłku.

W Szczecinku jedziemy drogą dla rowerów, która prowadzi przez sam środek promenady. Czujemy się jak na defiladzie. Wreszcie jesteśmy na miejscu - klasztor sióstr niepokalanek. To jak powrót do domu. Uśmiechnięte Siostry czekają z obiadem - dobra zupa i pierogi z jagodami!!. Wreszcie jest porządny prysznic i obiecana przepierka bluzek. Idziemy popołudniu popływać. Nikt nie chce wyjść w wody - przyjemnie i chłodno.

8 lipca 2006 (sobota)

Po Mszy św. śniadanie. Później spotkanie naukowe - uzupełniamy informacje o miejscach, w których byłyśmy - z powodu zmęczenia nie udało się tego zrealizować na trasie - teraz odrabiamy zaległe lekcje). Referat o Drawieńskim Parku Narodowym, trochę historii.

W międzyczasie s.Klaudia uskuteczniła wielkie pranie - w pralce i rękach oprała cała naszą grupę.

Zbieramy rowery, które tego wymagają i jedziemy do serwisu. Zostawiamy do 16 i idziemy na podbój Szczecinka. Czas wolny, kartki, zakupy, lody. W drodze powrotnej odbieramy rowery. Jemy u sióstr pyszny obiadek... ugotowane, podane - luksus. Popołudniu - kąpielisko. Zgłaszamy grupę ratownikowi - pełen profesjonalizm. Okazuje się, że żeby mogły pływać na głębokiej wodzie muszą przy ratowniku przepłynąć 200m. To prawie już karta pływacka. Trzy dziewczyny: Klaudia, Gosia i Diana zdecydowały się na zdanie egzaminu i otrzymały karty. Magda ma ochotę na specjalną kartę czyli żółty czepek, umawia się z ratownikiem na następny dzień. Kilka dziewczyn wypożycza kajaki lub rowery wodne i ruszają na podbój jeziora Trzesiecko. Wracamy do klasztoru. Wieczorem robimy grilla ale niestety musimy uciekać bo zaczyna padać, przydają się kurteczki przeciw deszczowe z napisem EnergiaPro od sponsora. Grill przenosimy pod drzewo a kiełbaski jemy już w domu. Dziewczyny stroją gitary, które jak się okazało są w klasztorze i zaczynają grać - początkowo tak sobie a kończąc przygotowaniem liturgii na niedzielę. Wieczór długo jeszcze trwa.

9 lipca 2006 (niedziela) - 16 km

Niedziela - dziewczyny ubrane w niebieskie bluzki sponsora - Koncernu Energetycznego EnergiaPro obejmują liturgię, czytania i śpiewy.

To szczególny dzień dla sióstr bo obchodzą rocznicę koronacji Pani Jazłowieckiej.

Po śniadaniu biegniemy na plażę miejską. Magda płynie te swoje półtora kilometra a dziewczyny pluskają się i grają w piłkę na płytkiej wodzie.

Pływaczki z kartami oczywiście już na głębokiej ... Niektóre pożyczają kajaki i rowery wodne i w zasięgu naszego wzroku krążą w pobliżu kąpieliska. Cała grupa udaje się w końcu w rejs wokół jeziora na statku miejskim - kilka osób zostaje sekundować Magdzie.

Wracamy do klasztoru na obiad. Po obiedzie rzucamy lenistwo i siadamy na rowery. Czeka nas 16 km spacerek (bo bez sakw) wokół jeziora Trzesiecko. Po drodze oglądamy stary bunkier, przyglądamy się ewolucjom na nartach wodnych. Po drodze trafiamy na festyn rodzinny. Duża grupa z rowerami pląsająca w rytm muzyki w takich samych niebieskich bluzkach daje się zauważyć - dostajemy brawa. Kilka osób się interesuje... miłe rozmowy z mieszkańcami Szczecinka - wzbudzamy takie zainteresowanie, że podchodzi do nas jakiś człowiek, i zagaduje siostry. Następnie daje 100 złotych na lody i napoje dla dziewcząt. Jest zachwycony, że nam się chciało jechać tyle kilometrów z dziewczynami. Po kilku chwilach wraca i dokłada kolejne 100 złotych.

W międzyczasie Agnieszka z Magdą załatwiają formalności związane z "żółtym czepkiem". Wracamy na grilla bo czeka nas ważne wydarzenie sportowe - mecz finałowy Włochy-Francja. Oczywiście obstawiamy i dzielimy się na zwolenników jednych i drugich. Znowu grill i w międzyczasie dajemy upust sportowej pasji wykrzykując goooooolllll!. Ci którzy dopingowali Włochom są zadowoleni. Sprzątamy po kolacji i idziemy spać. Jutro znowu dzień jazdy... koniec odpoczynku.

10 lipca 2006 (poniedziałek) - 52 km

Po uroczystej, odpustowej Mszy świętej i śniadaniu (jajecznica, tradycyjnie w klasztorze przed wyjazdem) pakujemy się i ruszamy.

Niestety - nie obyło się bez przygód - łapiemy kolejną gumę. Ponieważ po drodze jest sklep rowerowy, korzystamy z pomocy fachowców bo były problemy z napompowaniem dętki. Kupujemy nową.

W drodze do Bornego Sulinowa dwie osoby wjeżdżają w rozsypane pinezki. Oczywiście dętki do wymiany. Podczas gdy wymienialiśmy jedną, dziewczyny same postanowiły wymienić drugą. Udało się... później tylko Artur sprawdził, dopompował i duma...kolejna umiejętność zdobyta.

Borne Sulinowo to miasto założone zostało przez Niemców, którzy traktowali je jako bazę szkoleniową między innymi dla Afrika Korps (Deutsches Afrika Korps (DAK)) gen.E.Rommla. W tym celu pod Bornym została usypana sztuczna pustynia. Po wojnie miasto było zajęte przez wojska rosyjskie i również była tu baza wojskowa. Polacy nie mieli tam wstępu aż do 1993 roku. Teraz na terenie opuszczonych potężnych koszarów powstaje miejscowość. Wiele się remontuje ale niektóre ulice przerażają jeszcze zniszczonymi pustostanami. Sporo napisów cyrylicą.

Odwiedzamy tam siostry karmelitanki. Chwila rozmowy i odpoczynek w chłodnym klasztorze pozwala nam zebrać siły do dalszej jazdy. A jednocześnie podjąć refleksję nad różnymi rodzajami życia na świecie. Niektóre dziewczyny po raz pierwszy stykają się z klasztorem klauzurowym. Matka przeorysza opowiada nam o pracy i życiu sióstr w tym trudnym miejscu.

Nieopodal klasztoru znajduje się willa gen. Guderiana lub raczej to, co z niej zostało. Dalej bez większych przygód - choć rower Oli przypomniał nam o sobie pękniętym łańcuchem... ale od czego są zapinki - jedziemy do miejscowości Machliny, gdzie czeka na nas nocleg w stanicy harcerskiej. Mamy tam też zamówioną obiadokolację i śniadanie. Więc tym razem nie musimy się martwić o jedzenie i zakupy.

Trafiamy akurat na zmianę turnusu. Zastępca komendanta obozu wita nas bardzo miło. Czekają jeszcze na dzieci z Sosnowca. Kwaterujemy się w namiotach w osobnym podobozie.

Całe towarzystwo oczywiście od razu biegnie do jeziora. Ponieważ w obozie jest ratownik, mamy fachową opiekę: przed pływaniem rozgrzewka a później nawet parę uwag i instruktaż pływania dla niektórych. Niestety to była jedyna kąpiel bo pryszniców nie było... zatem ząbki, nóżki i spać. Jedyna chłodna noc...

11 lipca 2006 (wtorek) - 38 km

Rano świetne i pożywne śniadanko, myjemy po sobie obozowe naczynka i wyruszamy w dalszą drogę. Jedziemy przez Broczyno do Czaplinka i tu rozkładamy się na plaży. Panują tu jakieś inne zwyczaje, ratownik chce od nas 20zł za pilnowanie grupy. Jesteśmy zdziwione bo w tak wielu miejscach się kąpałyśmy, zgłaszałyśmy grupę i nikt niczego od nas nie chciał. Po krótkiej wymianie zdań pan ratownik pilnował nas już w ramach pensji, którą na pewno miasto mu płaci. Uniknęłyśmy dodatkowych opłat tylko dlatego, że poprosiłyśmy o reulamin kąpieliska na podstawie którego można nas skasować oraz rachunek - okazało się, że on nie może wystawić rachunku a na regulaminie, który wisiał na kąpielisku nie było nic o dodatkowych opłatach za grupę - więc na jakiej podstawie mamy płacić?.

Po kąpieli jedziemy już w kierunku Cieszyna. Tam czekają na nas z obiadokolacją i noclegiem w Ekolandzie. Droga znowu trudna ale bardzo malownicza. Zachwycające widoki... i świat zupełnie inaczej postrzegany niż ten migający za szybą samochodu czy pociągu. Parę kilometrów przed Cieszynem okazuje się, że Andżelika ma przebitą dętkę. Dlaczego zawsze musi to być tylne koło?!. Zdejmujemy sakwy. Ech te wzmocnione obręcze. Jako jedna z nielicznych ma długi wentyl. Pytamy o zapasową dętkę... i tu się zaczyna. Dziewczyna nie ma dętki. Żadna inna nie pasuje bo są za krótkie wentyle. Nie pozostaje nam nic innego jak łatanie dziury. Na szczęście udaje się wykryć miejsce zbrodni. Kleimy, pompujemy i jedziemy dalej.

To popołudnie jest też ważne dla Marty - właśnie rozmawia ze swoją mamą - są już wyniki matury. Gratulujemy przyszłej studentce.

Powoli docieramy do Ekolandu. Kwaterują nas w szeregowych murowanych domkach. W każdym domku jest prysznic - dla nas - "ludzi z lasu" - to prawdziwy luksus. Idziemy na kolację a po krótkim odpoczynku na kąpielisko. Podoba nam się rodzinna atmosfera miejsca, niewielkie ale bardzo czyste kąpielisko. Mamy nadzieję, że wieczorem wyśledzimy raki. Przedtem jednak pakujemy rowery do hangaru na sprzęt pływacki. Wieczorem idziemy z s.Klaudią na poszukiwanie raków. Niestety żaden nie chciał się z nami przywitać. Było jeszcze za wcześnie a nam już bardzo chciało się spać.

12 lipca 2006 (środa) - 63 km

Rano, przed śniadaniem i pakowaniem, niewielka grupa czyli "świeżo upieczone" pływaczki Klaudia i Małgosia, poszły popływać pod opieką Agnieszki. Później przyprowadziłyśmy rowery, pakowanie. Już gotowe do wyjazdu jemy śniadanie i ruszamy w kierunki Białogardu. Przez Bierzwice, Cieszeniewo, Sławę, Lipie, Rąbino i Gruszewo. W drodze kilka razy mijają nas uśmiechnięci i życzliwie zagadujący pracownicy Koncernu Energetycznego Enea SA.

W Białogardzie przypadkowo dzielimy się na dwie grupy ale szczęśliwie lądujemy w Ośrodku Sportów ISKRA. Przemiły pan otwiera nam pokoje. W całym budynku jesteśmy sami. Z okien widać stadion i trenujących sportowców. Siostra Daniela wspomina lata kiedy, jako nastolatka i członkini klubu sportowego, startowała w zawodach właśnie na tym stadionie.

Niestety kuchni tu nie ma dlatego udajemy się na poszukiwanie baru lub tańszej restauracji. Stała grupa idzie na Mszę św., pozostali mają czas wolny. około 19 idziemy na placek po węgiersku do restauracji Finezja. Trochę dziwnie się czujemy siedząc w restauracji przy czyściutkich obrusach. Restauracja jest prywatna i to się od razu daje zauważyć. Nikomu się nie spieszy, właścicielka chętnie z nami rozmawia mimo iż zamyka lokal o 20 a my przyszłyśmy na godzinę 19. Nikt się nie spieszył, nikt nie patrzył nerwowo - pełen luksus. Takie duże zmiany to prawdziwy szok... Wieczorem w oczekiwaniu na mycie - oglądamy wiadomości w TV stojącym na korytarzu i użalamy się nad opuchniętymi (i brudnymi) nogami. Jedząc czereśnie próbujemy oglądać jakiś film (dawno nie widziałyśmy telewizora) ale wreszcie kończymy kino. Dzieci skończyły się myć - teraz nasza kolej i czas spać.

13 lipca 2006 (czwartek) - 45 km

Rano po Mszy św. jemy śniadanie i ruszamy w dalszą drogę. Jedziemy prze Karlino, gdzie jemy drugie śniadanie, Kukinie do Ustronia Morskiego.

Po drodze w okolicach Strachomina przyglądamy się wiatrakom pierwszej elektrowni wiatrowej w Polsce. Oczywiście robimy sobie pamiątkowe zdjęcie w czapeczkach EnergiaPro na tle wiatraków. Mamy więc kolejny punkt energetyczny na naszej drodze.

W Kukince robimy "rybne" zakupy. Już niedaleko... niektórzy się odgrażają, że więcej nie wsiądą na rower ... ale wiadomo, że radość iż każdy z nas wytrwał, że udało nam się pokonać około 400 km, a tym samym swoja słabość, czasem egoizm i wygodnictwo, przepełnia wszystkich.

Przy tabliczce Ustronie Morskie robimy sobie pamiątkowe zdjęcie.

W pensjonacie nad morzem wita nas Pani Renata ze swoją mamą, córką Ewą i synem Jaśkiem. Kwaterujemy się w pokojach. Tu spędzimy kolejne trzy dni i wreszcie będziemy odpoczywać i słuchać szumu morza. Oczywiście południu pierwsza kąpiel - bo jak tu nie przywitać się z Bałtykiem. Obiad - ryż z sosem malinowym szybko znika z talerzy W nocy słychać kojący szum morza...

14 lipca (piątek)

Po śniadaniu pędzimy nad morzem... tu kąpiel słoneczna i morska. Po obiedzie, które wykupiliśmy w Domu Wczasowym Janosik, jedziemy autobusem do Kołobrzegu. Tu zwiedzamy XIII-wieczną, piękną gotycką Katedrę, Muzeum Wojska Polskiego, gdzie ekspozycje militariów rozpoczynają się od Bitwy pod Grunwaldem a kończą na wyposażeniu wojsk kontyngentu w Iraku. Zwiedzanie Muzeum trwa długo bo eksponaty są rzeczywiście bardzo ciekawe.

Później płyniemy statkiem Santa Maria i kosztujemy uroku walki z falami. Zabawa była przednia choć nie dla wszystkich. Fala była naprawdę wysoka i czuliśmy się jak w bardzo rozrywkowym wesołym miasteczku. Niektórzy myśleli, że to już ostatnie godziny życia - niejedna twarz pobladła ale jakoś to przetrwaliśmy. Dopłynęliśmy na redę i z powrotem. Po rejsie kto chciał pomaszerował na latarnię morską żeby popatrzeć na Kołobrzeg z góry. Po tym wracamy autobusem do Ustronia Morskiego. Po przyjeździe udaje nam się jeszcze zdążyć na zachód słońca.

15 lipca (sobota)

Dzień wybitnie plażowy z przerwą na obiad i sporo czasu wolnego. W tym dniu odbywa się hurtowe pisanie kartek. Wieczorem pyszny grill z gospodarzami i prezentacja piosenki w której śpiewamy o każdym coś dowcipnego. Piosenkę układały podczas jazdy dziewczyny z klasy II gimnazjum - czyli najmłodsze uczestniczki obozu .. chwała im za to.

Podczas kolacji pojawił się pomysł pójścia na dyskotekę. - niektóre dziewczyny miały ochotę się wybrać ale na szczęście jak zaczęły tańczyć przy grillu to jakoś im przeszło. Bawiły się świetnie i śpiewały długo jeszcze wywołując zainteresowanie i życzliwe uśmiechy sąsiadów.

16 lipca (niedziela) - 16,3 km

Po 4 rano chętni wstają na wschód słońca ... i bieganie po plaży. Później wracają bo pospać można jeszcze dwie godziny. Po Mszy św. o 9 rano - śniadanie, plaża i świetna fala...zabawa była przednia!

Powoli żegnamy się z morzem. Po obiedzie o 13, pakowanie, żegnamy się z gospodarzami i wyruszamy przez Sianorzędy do Kołobrzegu.

Jedziemy przepiękną ścieżką rowerową, mając przez większą część trasy po swojej prawej stronie morze. Przejeżdżamy przez Bagicz. Tu, podobnie jak w Bornym Sulinowie stacjonowały wojska radzieckie. Tu też było lotnisko. Robimy sobie zdjęcie na pasie startowym a następnie wyznaczoną trasą, mijając stare, niszczejące hangary wojskowe jedziemy dalej szlakiem rowerowym. W Kołobrzegu jedziemy jeszcze do pomnika zaślubin z morzeem a później idziemy na lody. Dość wcześnie rozpoczynamy okupację dworca kolejowego czekając na pociąg 22:49. Na dworcu jest najdroższa, jak do tej pory, toaleta: cena 2,50 zł. Niektórym się podoba bo nawet grzejniki są różowe :-) ale przynajmniej czysto.

Godzinę wcześniej podstawiają nam wagon. Jesteśmy mile zaskoczone: Prawie cały dla nas. Pół wagonu to specjalne uchwyty dla rowerów. W drugiej połowie są przedziały dla podróżnych. Ładujemy rowery z sakwami i siebie. Ufff jedziemy.

W Poznaniu żegnamy Asię po którą przyjechał tato. Rano po bardzo zimnej nocy dojeżdżamy do Wrocławia. Przepakowujemy się do pociągu osobowego. Udało nam się zdążyć na wcześniejszy. Jesteśmy z siebie dumni - 5 minut do odjazdu a my zdążyliśmy... .

17 lipca (poniedziałek)
W Wałbrzychu ostatni wyładunek. Witają nas rodzice. Mała grupka jedzie na Sobięcin do szkoły. To ostatni pożegnalny etap. Szkoda że to już koniec... minęło parę dni a nam chyba brakuje rowerów, piachu, kocich łbów... i tych uroczych widoków jakimi obdarzała nas nasza Ojczyzna... Było pięknie!

KOOOONIEEEEEC!